Eric-Emmanuel Schmitt w Warszawie: reportaż i wywiad

Warszawa


Jeśli przegapiliście wizytę Erica-Emmanuela Schmitta w Warszawie, polecamy wywiad z pisarzem, który przeprowadziła Agnieszka Karolik z Echos de Pologne. Miłej lektury
.

7 marca odbyło się 200 przedstawienie Pańskiego dramatu Małe zbrodnie małżeńskie w Teatrze Ateneum, sztuki, która odniosła duży sukces w Polsce. Miał Pan już okazję zobaczyć ją wcześniej, podczas Pańskiej wizyty w Polsce w 2005 roku. Czy zauważył Pan zmiany w grze aktorskiej, w reakcji publiczności?

Uderzyło mnie to, że reakcje publiczności były takie same jak we Francji. Śmiech, momenty wzruszenia, zaskoczenia, ciszy... To jest bardzo wzruszające dla mnie, bo potwierdza to, co ja nazywam moim «humanizmem», to znaczy wiarę w fakt, że pomimo różnic geograficznych, kulturalnych, językowych, jest coś wspólnego w ludziach. Gra aktorki (Magdaleny Zawadzkiej) bardzo mnie poruszyła, doskonale przedstawiła obraz kobiety, który bardzo mi się spodobał: kokietki, uwodzicielki, która w głębi siebie cierpi z powodu swojego wieku, traci pewność siebie, zaczyna pić i wątpić w miłość swojego męża. Zaczyna nie lubić samej siebie i dlatego sądzi, że inni też jej nie lubią.

Zatem polska i francuska publiczność są do siebie podobne. A jak jest w innych krajach?

Jest oczywiste, że polska publiczność jest publicznością lubiącą teatr. Przypomina mi publiczność paryską, podczas stu pierwszych przedstawień sztuki. Potem, ludzie nie przychodzą obejrzeć sztuki, ale sukces (śmiech). Polska publiczność najwyraźniej lubi słowa. W Polsce czułem się bardzo swobodnie, na znanym mi terenie. Widzowie, którzy mnie najbardziej zaskoczyli byli w Skandynawii lub Turcji...



Inaczej reagują?

Dokładnie. Są kraje, gdzie na przykład nie wolno się śmiać. Publiczność w ten sposób pokazuje, że skoro to jest inteligentna sztuka, to nie należy się śmiać. Taki jest zwyczaj, na przykład w Finlandii. Za to w Stanach Zjednoczonych, publiczność śmiała się przez cały czas, nawet kiedy na scenie nie działo się nic zabawnego, to był po prostu sposób powiedzenia: "jesteśmy tu, oglądamy i nam się podoba". To zaskakujące, bo to są zasady, które istnieją niezależnie od sztuki. W Polsce mam wrażenie, że publiczność jest podobna do tej paryskiej, ma bardziej przyjacielski stosunek.

Zazwyczaj Pan mówi, że podczas pracy nad książką, wykorzystuje Pan to co Pana otacza, czego Pan doświadcza. Czy sądzi Pan, że pobyt w Polsce był dla pana cennym doświadczeniem?

Będę mógł to dopiero stwierdzić za kilka miesięcy! Potrzebuję trochę czasu żeby to dojrzało we mnie. Rzadko się zdarza, żeby intensywne wrażenie pojawiło się od razu. Oczywiście doświadczyłem wielu emocji, ale to wszystko musi dojrzeć we mnie. Tymczasem przyznam, że zafascynował mnie krajobraz Bałtyku. Mam ogromną ochotę powrócić tam jeszcze i spędzić trochę czasu.

Szuka Pan tam natchnienia?

Cóż, pisarz wiecznie poszukuje natchnienia, ale na razie wszystko idzie pomyślnie, dziękuję! (śmiech)

Pana książki są bestsellerami we Francji i na całym świecie. Obok utworów Marca Levy'ego, Guillaume Musso, Anny Gavalda, Katherine Pancol, Pana książki są najczęściej kupowane. Gdzie leży według Pana klucz do Pańskiego sukcesu?

Nawet jeśli jestem z wykształcenia humanistą, lubię opowiadać różne historie i nie boję się uczuć. Sądzę że to połączenie refleksji i uczuć oraz radości życia i miłości do ludzi, do bohaterów moich książek sprawia, że mam wierne grono czytelników, którzy są ciekawi moich książek. Wydaje mi się, że wynika to z faktu bycia intelektualistą pozbawionym kompleksów, bliskim czytelnikom.

W 2004 roku francuski magazyn Lire poprosił Francuzów aby wybrali książkę, która zmieniła ich życie. Pan jest jedynym autorem żyjącym, którego książka Oskar i pani Róża znajduje się na tej liście, obok Biblii, Trzech Muszkieterów i Małego księcia. Czy jest ona szczególnie ważna dla Pana?

Oczywiście, że tak! Zanim ukazał się Oskar i Pani Róża, odniosłem sukces, ale dzięki tej książce stałem się autorem popularnym. Ta książka przysporzyła mi nowych odbiorców, to znaczy, wyszedłem poza krąg moich pierwszych odbiorców, osób wykształconych, które ukończyły studia, czytelników moich sztuk teatralnych i pierwszych książek. Oskar... jest książką ponadpokoleniową. Czytały ją zarówno nastolatki i młodsze dzieci, jak i dorośli. Ponadto jest ponad różnicami kulturowymi, ponieważ moje książki czytają  zarówno profesorowie uniwersyteccy jak i kierowcy autobusów, lub kobiety, które poświęciły studia lub pracę, żeby zająć się wychowaniem dzieci. To jest wzruszające, bo prawdę mówiąc pisząc Oskara... wydawało mi się, że nie odniesie sukcesu.

Dlaczego?


Wiedziałem że poruszam temat tabu: chorobę dziecka. Nie ma happy endu, bohater na końcu umiera. Napisałem te książkę z wewnętrznej potrzeby, ponieważ sam musiałem zmagać się z różnymi sprawami i chciałem pokazać, że trzeba zaakceptować życie takim, jakie ono jest, z całym jego tragizmem i trzeba żyć pełnią życia aż do końca. Kiedy medycyna nie może pomóc, można poszukać ratunku w śmiechu, wyobraźni, miłości. To jest swoiste „credo", które chciałem przedstawić w tej książce. Na początku sadziłem, że niedobrze zrobiłem wybierając na bohatera dziecko chore na białaczkę. Byłem przygotowany, że ta książka nie odniesie w ogóle sukcesu a stało się odwrotnie. Myślę, że ludzie byli zadowoleni z tego, że ta książka mówi o rzeczach poważnych, takich jak choroba i śmierć, ale mówi o tym w gruncie rzeczy z pewną lekkością. To nie znaczy, że traktuje je powierzchownie, tylko opisując je oswaja czytelnika z nimi. Pomaga pogodzić się z patosem, pogodzić się ze strachem i cierpieniem a także pustką. Temu służą książki, opisują rzeczy, o których się nie mówi. I tak oto ta książka sprawiła, że stałem się autorem popularnym. Jestem autorem książki ale nie jestem autorem jej sukcesu, to publiczność tworzy sukces.

Pozostając w podobnej tematyce, pana ostatnia książka opublikowana w Polsce Ulisses z Bagdadu porusza temat ludzkiej kondycji i nielegalnej imigracji we współczesnym świecie. To są tematy jak najbardziej polityczne. Czemu taki wybór?

Pewnego dnia oglądając telewizję, przeżyłem szok kiedy zobaczyłem zdjęcia nielegalnych imigrantów, pokazujące ich tuż po skoku z samolotu, wychodzących ze statków przeciążonych imigrantami (co oznaczało przynajmniej że statek nie zatonął, tak jak inne toną w drodze). Zobaczyłem zdjęcia osób wychudzonych, spragnionych, wygłodzonych, brudnych i biednie ubranych, w filmie przypominali szczury wychodzące z klatki. To z kolei przypomniało mi potworne ujęcia, i sposób w jaki Naziści pokazywali Żydów w filmach propagandowych. Zdałem sobie wtedy sprawę, że często nieświadomie fotografowie, operatorzy zdjęć i dziennikarze tworzyli obrazy, które pokazywały upodlenie ludzi, pozbawienie ich człowieczeństwa. Z jednej strony było człowieczeństwo właściwe, europejskie, ludzi, którzy mieli to szczęście, że urodzili się odpowiednim miejscu, a z drugiej strony podludzie, którzy ledwie przypominają istoty ludzkie, którzy nie mogą się swobodnie wypowiedzieć tylko pokazuje się ich przerażone spojrzenie i krańcowe wyczerpanie. Zastanowiłem się czy zatem powieść nie mogłaby czemuś służyć, bo mogłaby dokonać tego, czego dziennikarze lub historycy nie mają prawa zrobić powieść mogłaby przyjąć pewien punkt widzenia, punkt widzenia tego, kto podróżuje, imigrantów i pokazać ich los od środka. Podejmując się napisania takiej powieści uświadomiłem sobie, że współcześni bohaterowie, są to właśnie imigranci, ponieważ walczą ze śmiercią, ale po pierwsze są rozdarci bo porzucają rodzinę, miejsce pochodzenia, rodzimą kulturę; często padają ofiarą mafii i przemytników ludzi. A nawet kiedy uda im się pokonać wszystkie trudności kraje odmawiają im oficjalnego przyjęcia. Zatem, powiedziałem sobie, że to jest prawdziwa współczesna tragedia, o której tak naprawdę niewiele wiemy. Lub inaczej: czym jest barbarzyństwo? To przekonanie, że są różne poziomy człowieczeństwa, że są ludzie, którzy mają wszystkie prawa i inni, którym przysługuje mniej praw. To robimy nie zdają sobie z tego sprawy. Tak więc ta książka mówi o teraźniejszości i zarazem o przeszłości, dlatego nosi tytuł Ulisses z Bagdadu. Chciałem przez to pokazać różnicę pomiędzy światem Ulissesa a tym dzisiejszym. Tożsamość nie oznacza tego samego co kiedyś. Dla Ulissesa oznaczała powrót do miejsca swoich narodzin, jego problemy tożsamościowe znikają z chwilą kiedy wraca do Itaki. Tożsamość dzisiaj polega na tym, że musimy wyjeżdżać, polega na odtworzeniu siebie. Tożsamość jest bardzo delikatną kwestią; wiadomo, że zależy od warunków historycznych, jest dziełem przypadku, a nie jest nam dana raz na zawsze wraz z narodzinami. Zatem ta książka mówi o imigrantach ale w gruncie rzeczy jest o nas samych. O tym, że składamy się z różnorodnych często sprzecznych elementów i zapominamy o tym, myśląc, że skoro jesteśmy na mocy boskiego prawa Europejczykami to mamy prawo traktować innych jako gorszych, tylko dlatego, że urodzili się w innym kraju.

Dzieli pan swój czas pomiędzy pracę nad sztukami teatralnymi, książkami i kinem. W 2006 wyreżyserował Pan swój pierwszy film pt. "Odette i inne historie miłosne". Jakim doświadczeniem to było dla Pana?

Zawsze marzyłem o kinie. Kiedy byłem mały chciałem zostać Waltem Disneyem... Chciałem reżyserować filmy animowane i posiadać park rozrywki (śmiech). W miarę jak dorastałam moja miłość do kina pozostała. Jednak w życiu miałem okazję robić filmy. Myślę, że na początku było to związane z nieporozumieniem, bo producenci uznali że odniosę sukces w kinie, tak jak w teatrze lub w księgarniach i mogłem zrobić pierwszy film. Zacząłem odkrywać na czym polega tworzenie filmu, i podczas drugiego filmu Oskar i pani Róża zacząłem "pisać historię" kamerą, bawić się kadrem, światłem i próbowałem odnaleźć na ekranie coś, co przypominałoby mój styl pisania, te mieszaninę tragizmu i komizmu, burleski i głębokiej refleksji. Pokazać wizję świata nielmalże nieobecną w literaturze i kinie europejskim, ale bliską temu co się dzieje na przykład w Ameryce Południowej, wizja świata, która krzyżuje się z wyobraźnią moich bohaterów. Zobaczyć realny świat oczami dziesięcioletniego Oskara, lub Odette, która mówi głosem Josephine Baker gdy jest sama i ma dobry humor.

Czy ma Pan inne projekty filmowe?

Powinienem pojechać i nakręcić w Japonii Le Sumo qui ne pouvait pas grossir (Zapasy z życiem) . To pozwoliłoby mi spędzić sześć tygodni w Japonii i mógłbym nakręcić historię inicjacji nastolatka, który nie chce dorosnąć i nie chce przytyć. Pokazać w jaki sposób pokonywanie wewnętrznych konfliktów chłopca pomaga mu stać sie morosłym mężczyzną. To będzie pozytywna historia, pokazująca z jednej strony egzotyczny dla nas świat zapaśników sumo i buddyzmu zen.

Czy w Polsce będzie można zobaczyć Pańskie filmy?

Film Oskar i pani Róża wejdzie na ekrany kin w październiku. Mam nadzieję, że znowu przyjadę do Polski.


Rozmawiała Agnieszka Karolik dla Echos de Pologne.

Słowa kluczowe


Wydarzenia w Twoim mieście


23
lipca

Nasze filmy

Przydatne strony